wtorek, 18 września 2012

Na doła najlepsze brownie!

 Tylko trudno stwierdzić, czy na tego doła przed, w trakcie, czy po zrobieniu ciasta :) Jak się można domyślić, stoczyłam z tym przepisem niezłą batalię i prawdę mówiąc, zastanawiałam się czy w ogóle dawać go w eter, ale efekt końcowy wyszedł w sumie nienajgorszy, więc zaryzykuję. Jednocześnie dla chętnych polecam jako ekperyment. Ja ciągle stoję przed dylematem, jak zrobić wegańskie marshmallow, które nie smakuje jak galaretka. Przy okazji udało mi się osiągnąć coś na smak i modłę ptasiego mleczka bez pomocy gotowych galaretek.
Przepis na to brownie pochodzi z programu Na Słodko Anny Olson w Kuchni.tv. Oczywiście nie jest wegański, więc wymagał sporych modyfikacji. Po drodze nie obyło się jednak bez epitetów i rozczarowań-na pewno mogę od razu powiedzieć, nie polecam mleka kokosowego 85% wsadzać do lodówki-co ja z nim nawalczyłam. Wytrącił się tłuszcz, który nijak nie chciał się ubić. Może to mój brak wprawy. W każdym razie mleko dobrze sprawdziło się jedynie do polewy truflowej. Ale do rzeczy. Na początek ciasto. Użyłam tutaj parę zamienników, choć można by było więcej. Jaja zastąpiłam rozgotowanym siemieniem lnianym, natomiast cukier ksylitolem, tak dla zdrowotności. W przyszłości pomyślę także nad zamiennikiem margaryny, żeby jeszcze bardziej uzdrowić to ciasto. Podpatrzyłam już sposób z avokado na blogu Life of a Polish Vegan. Bardzo fajny patent.
Ciasto jest pracochłonne, na stronie kuchni.tv oznaczone jako trudne-ale od czasu do czasu warte zachodu-tak sądzę.

Składniki:
  • 70 g czekolady deserowej, posiekanej ( u mnie Lindt 85%, a co )
  •  1 szklanka margaryny wegańskiej ( u mnie roślinna Kruszwicy, raz zrobiłam z margaryny Vitaquell, ale czekolada zareagowała jak na wodę, musiałam ratować sytuację olejem kokosowym )
  • 2/3 szklanki cukru ( dałam 1/2 szklanki ksylitolu )
  • "żel" z 2 łyżek siemienia+łyżki zmielonego siemienia zalane 3/4 szklanki wody, zagotowane i przestudzone
  •  1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  •  1/2 szklanki mąki ( u mnie pełnoziarnista Lubelli )
  •  1/4 łyżeczki soli
  •  1/2 szklanki połówek orzechów włoskich, lekko uprażonych + dodatkowo do przybrania
Na początek rozgrzewamy piekarnik na 180C. Na parę minut wstawiamy orzechy, żeby lekko się uprażyły. Nie wiem, ile zajęło to czasu, bo kontrolowałam ten proces na bieżąco. Następnie gotujemy siemię lniane do uzyskania żelowej konsystencji, odstawiamy do wystygnięcia, kto chce niech odcedza-ja sobie podarowałam. Przygotowujemy foremkę wyłożoną papierem do pieczenia. U mnie była to okrągła foremka o średnicy 18cm, w oryginalnym przepisie jest kwadratowa o boku 20cm. Ja takiej nie posiadam, stąd ratowałam się tym, czym miałam.


Nad kąpielą wodną rozpuszczamy czekoladę, następnie dorzucamy naszą margarynę i zestawiamy z kąpieli, mieszając do momentu, aż nasza czekolada i margaryna się połączą w jednolitą masę. Następnie powoli wsypujemy cukier/ksylitol/fruktozę, następnie nasz żel z siemienia. Mieszamy, dodajemy mąkę, sól, ekstrakt waniliowy i orzechy ( ale tylko 1/2 szklanki, zostawić część do posypania wierzchu ). Mieszamy ciasto na jednolitą masę, przelewamy do naszej foremki i wstawiamy na 40 minut. Ciasto można skontrolować już po 20 minutach patyczkiem, jednak u mnie wierzch był spieczony, ciasto suche ( nie oklejało się ) ale ciasto nadal miękkie, zatem potrzymałam je kolejne 20 minut. Po wyjęciu ciasta z piekarnika i ostudzeniu, ciasto miało zwartą konsystencję i nie uginało się już pod naciskiem. W czasie kiedy ciasto się studzi, robimy nasze ech.... marshmallow....niech będzie, że ptasie mleczko. Ja użyłam tutaj ksantanu-akurat mam jeszcze z czasów, kiedy bawiłam się w robienie wegańskich lodów z czegoś więcej niż tylko mleka kokosowego. Mniejsza o to-nie trzeba dodawać, można zrobić po prostu mleczną galaretkę lub podążyć za tym przepisem poniżej.

Składniki:
  • 3/4 szklanki tłustego mleka kokosowego ( nie schłodzonego, żeby się nie wytrąciły grudy tłuszczu ) lub sojowego
  • płaska łyżeczka agaru ( u mnie ok.3g ) rozpuszczona w 1/4 szklanki wody
  • 1/2 szklanki wody
  • 3/4 szklanki fruktozy ( lub cukru ) + 2 łyżki syropu z agawy lub innego
  • 3g ksantanu ( akurat miałam, ale myślę, że podobny efekt byłby przy zagęszczeniu masy gumą guar,skrobią ziemniaczaną lub ryżową, żeby było coś na konsystencję budyniu )
  • szczypta wanilii albo aromat waniliowy
Do miski wlewamy mleko, dodajemy albo szczyptę wanilii albo kilka kropel aromatu waniliowego. Do rondelka wlewamy wodę, podgrzewamy, wsypujemy naszą fruktozę czy cukier, syrop i robimy karmel. Jeśli woda nam długo nie odparowuje, można przelać na patelnię, wtedy szybciej zgęstnieje.
Zdejmujemy z ognia. Nie użyłam tutaj ksylitolu, ponieważ na opakowaniu była uwaga, że się nie karmelizuje, więc odpuściłam sobie próby, żeby w razie czego nie zmarnować materiału. W drugim rondelku podgrzewamy nasz rozpuszczony w wodzie agar. Blenderem spieniamy mleko, jeśli używamy sojowego, wspomóc się sokiem z cytryny dla lekkiego zagęszczenia. Kiedy nasze mleko się spienia, wlewamy powoli nasz karmel-najlepiej po ściance naczynia, ewentualnie "nodze" blendera. Miksujemy. Dodajemy ksantan. Miksujemy. Następnie również powoli wlewamy nasz agar, nadal mieszamy. Kiedy całość jest już dość gęsta przelewamy do tej samej foremki, w której było ciasto ( no chyba, że mamy dwie takie same ), tym razem wyłożonej folią aluminiową. Całość odstawiamy do ostygnięcia i stężenia. Zabieramy się za polewę truflową, choć dla mnie jest to po prostu gęsta czekoladowa.

Składniki:
  • 1/2 szklanki tłustego mleka kokosowego
  • 100g gorzkiej czekolady ( u mnie Lindt 85% )
  • 2 łyżki margaryny wegańskiej
Czekoladę rozdrabniamy w misce, Mleko podgrzewamy do wrzenia i zalewamy nim czekoladę stopniowo, mieszając trzepaczką, aby czekolada powoli topniała i przechodziła w jednolitą masę. Na koniec margaryna. I całość dalej mieszamy na jednolitą masę. U mnie prawdę mówiąc obyło się bez margaryny, bo mleko kokosowe miało tyle tłuszczu, że darowałam sobie kolejny. Konsystencja wyszła aksamitna. Krem zostawiamy do przestudzenia, lekko zgęstnieje, ale nadal da się smarować.


Kiedy mamy już wszystkie trzy elementy, przechodzimy do połączenia. Wierzch ciasta smarujemy częścią masy truflowej, tak połową ilości-nie żałować, niech sobie spłynie po bokach. Na wierzch masy wykładamy nasze ... marsh... ptasie mleczko...to coś z mleka i agaru, obracając delikatnie do góry folią. Przykrywamy jak naleśnikiem, stopniowo odrywając folię.Jeśli trochę wystaje poza rant ciasta to lepiej okroić, żeby ciężar zsuwającej się "galaretki" nie rozerwał całości.


Wierzch tego czegoś piankowego smarujemy pozostałą ilością masy, smarujemy nieco na bokach, niech spływa, a co. Na koniec posypujemy pozostałą ilością orzechów i wstawiamy do lodówki. Ja robiłam ciasto na wieczór, więc postało sobie u mnie całą noc, co tylko wyszło mu na dobre, bo masa ładnie stężała. Zastygła, ale nie jest twarda.




2 komentarze:

  1. Cudne to ciacho! Czuję silną potrzebę pójścia do kuchni i zrobienia go natychmiast :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Było pyszne...i baardzo czekoladowe :) A najfajniejsza dla mnie była polewa, którą można dosłownie jeść łyżkami.

      Usuń